Daj cynk
Reklama

Testy

Falkenhorst - anatomia porażki

Sprawozdania, 10.06.2015, h. 10:59, dodał: Regdorn , autor: DobryDobrodziej
36

Nieraz, jako gracz, bywałem na grach, które można było uznać za nieco mniej udane. Powody takiego stanu rzeczy były zupełnie różne. Błędy są jednak zupełnie normalnym elementem dużych oraz tych mniejszych przedsięwzięć, zaś niezadowolone osoby znajdą się zawsze, bo w końcu nie da się dogodzić wszystkim. Co zatem trzeba zrobić, by wszyscy, niczym jedno ciało, okrzyknęli grę katastrofą? Opisując grę Falkenhorst: Conquest of Zadar (27-29.03.2015), postaram się, wraz z innymi członkami załogi portalu Wmasg.pl odpowiedzieć na postawione pytanie...



Nieraz, jako gracz, bywałem na grach, które można było uznać za nieco mniej udane. Powody takiego stanu rzeczy były zupełnie różne; czasami zawodziła sfera organizacyjna, czasami tło fabularne i zadania nie porywały, a jeszcze innym razem gracze nie umieli znaleźć wspólnego języka. Błędy są jednak zupełnie normalnym elementem dużych oraz tych mniejszych przedsięwzięć, zaś niezadowolone osoby znajdą się zawsze, bo w końcu nie da się dogodzić wszystkim. Niemniej, zawsze znajdą się też zwolennicy danego przedsięwzięcia, którzy mimo głosu malkontentów uznają dany event za warty czasu i pieniędzy. Co zatem trzeba zrobić, by wszyscy, niczym jedno ciało, okrzyknęli grę katastrofą? Opisując grę Falkenhorst: Conquest of Zadar, postaram się, wraz z innymi członkami załogi portalu Wmasg.pl odpowiedzieć jak najdokładniej na postawione pytanie...

Zlot, sim, manewry czy też po prostu gra Falkenhorst od początku była mocno reklamowana. Ludzi przyciągały obietnice setek graczy z całego starego kontynentu, możliwość wczucia się w klimat regularnej (i nie tylko) wojny dwu zwaśnionych narodów (Galdanii oraz Tangau), a także wiele innych mniejszych i większych punktów planu zabawy, która zdawała się aspirować do niemal tytułu pogromcy Combat Alert czy międzynarodowego Border War. Nie dziwne, że i ja postanowiłem, wraz z całą moją grupą, wybrać się na to wydarzenie. Zarówno jako gracz, jak i czujny redaktor WMASG. Jako, że mieszkam w Gdańsku, odbyłem ponad 500-kilometrową podróż do malowniczej Złotoryi. Zakwaterowanie załatwiliśmy we własnym zakresie zatrzymując się w schronisku młodzieżowym "Zacisze", które okazało się cudownym miejscem.

 

Przyjazd

Na miejsce przyjechaliśmy z 24 godzinnym wyprzedzeniem, by załapać się na zapowiedzianą na forum gry, wcześniejszą rejestrację, która miała nam zagwarantować ominięcie kolejek, jakich spodziewano się w pierwszym dniu zabawy (gra zaczynała się 27.03, a koniec zapowiadano na 29.03). Jakie było nasze zdziwienie, gdy o godzinie 20:15 zajechaliśmy na miejsce rejestracji, a zarazem obozu Galdanii, a jedyne co zastaliśmy to... trzy ToiToi`e, nieoznakowany teren, na którym stały trzy czy też cztery namioty o zupełnie cywilnym wyglądzie oraz masę chaosu. Nikt nic nie wiedział, brakowało wyznaczonych miejsc parkingowych, a sztab Galdanii, do którego udaliśmy się po konsultacji z innymi zdezorientowanymi graczami okazał się równie pomocny co rzęsisty deszcz, który towarzyszył nam – z przerwami – przez cały pobyt na terenie gry. Telefony do organizatora nie zdały się na nic, bowiem ten po prostu nie odbierał połączeń. Spakowaliśmy się i wróciliśmy do ciepłego schroniska z nieco kwaśnymi minami.

 

Rejestracja

Następnego poranka, po zebraniu sprzętu, posileniu się i dotarciu na teren gry przywitał nas... prawie identyczny stan rzeczy. Dwiema różnicami była trójka osobników stojących w błocie,  przy zamontowanym na trójnogu chronografie oraz nieco większa ilość graczy i namiotów. Niestety, nijak nie przypominało to zorganizowanego obozu wojskowego, który nieraz spotykaliśmy na grach o znacznie mniejszym zasięgu i rozgłosie. Liczba graczy także zdawała się znacznie mniejsza niż zapowiadana. Po zaparkowaniu na pobliskiej ulicy (niestety, nie było mowy o parkingu; samochody stały na poboczu blokując tym samym część uczęszczanej przez mieszkańców rejonu drogi), wypakowaliśmy sprzęt, namiot wojskowy i udaliśmy się do stanowiska pomiaru mocy replik. Tam też okazało się, że organizator spełnił choć jedną z obietnic: spotkaliśmy pierwszych gości zza granicy, grupę z Niemiec. Niestety, nie była to ostatnia grupa z innego państwa.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Szybko przestrzelaliśmy naszą broń, a osoby, którym pomiary wyznaczono, oznaczyły ją za pomocą – uwaga – taśmy izolacyjnej w trzech łatwo dostępnych kolorach. Czerwonym dla najmocniejszych replik (460-614fps), żółtym (380-460fps) dla tych troszkę słabszych oraz zielonym, którym obklejano najsłabsze (poniżej 380fps). Nikt nie wymagał od nas skręcania hop up'u na "zero", taśmę naklejano "na szybko", a co najciekawsze doszły nas informacje, że jeśli przeszkadza nam jaskrawy kolor oznaczeń... możemy je potraktować farbami maskującymi! Ciekawe podejście do kwestii zabezpieczenia. Jak się później okazało, zbędne. Repliki pistoletów i innych wynalazków określanych jako broń boczna, nie były chronowane.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Po "schronowaniu" replik wypadało się zarejestrować, ale gdzie? No właśnie. Kolejna warta uwagi kwestia, bo punktu rejestracji nie było. Zdecydowaliśmy, że zanim takowy zostanie przygotowany (tu muszę nadmienić, że nikt nie wiedział kiedy, gdzie i w jakiej formie) rozbijemy nasz kawałek obozu. Po tym zapoznaliśmy się z dowódcą kompanii Echo czyli sił LRRP Galdanii - Izzim, który okazał się świetnym człowiekiem. Dowódca przedstawił nam wykaz zadań, które wydawały się przygotowane w sposób niejako simowy, bowiem zakładały obsadzenie pewnych punktów i obserwację bez nawiązywania kontaktów. Jednocześnie pozwolono nam działać wedle własnych procedur, co zaliczam na plus, bo przecież każda grupa ma swoje systemy działania w różnych sytuacjach i bez sensu jest je zmieniać nagle, "na kolanie". Po otrzymaniu zadań zdecydowaliśmy się wznowić poszukiwania punktu rejestracji, jednak na próżno, bo takiego nadal nie było (miało to miejsce półtora godziny po planowym rozpoczęciu rejestracji graczy). Obeszliśmy więc obóz, który w dalszym ciągu świecił pustkami i wydawał się mocno otwarty dla ludności cywilnej, która darzyła go dużym zainteresowaniem. Po pewnym czasie na teren gry zajechał biały, nieoznakowany bus, otworzyły się jego boczne suwane drzwi i tak rozpoczęła się rejestracja graczy...

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Wyglądało to nieco komicznie i przywodziło na myśl czasy PRLu, kiedy to stało się w kolejkach po sprzedawane "z paki" ziemniaki. Stanęliśmy w kolejce, która okazała się dłuższa niż się tego spodziewaliśmy i po około 40 minutach udało nam się "zarejestrować". Cudzysłów ma tu wielkie znaczenie, bowiem rejestracja wyglądała następująco: jeden z organizatorów prosił o imię i nazwisko, podsuwał regulamin gry do podpisania i wydawał pakiet uczestnika, o którym więcej za chwilę. Od razu w głowie pojawiło się pytanie, po co były nam kody wysyłane via email po opłaceniu gry, po co te wszystkie hasła i "niby zabezpieczenia" itd. Nikt nawet nie prosił nas o dowód osobisty, a lista graczy powstawała na bieżąco na pustej kartce A4. Pokuszę się o stwierdzenie, że bez większego problemu można było wejść na teren gry oraz do gry nie uiszczając jakiejkolwiek opłaty. Nie otrzymaliśmy nawet identyfikatora gracza. Nie mówię tu o oznaczeniu na ramieniu czy podobnym systemie, bo tego z założenia nie miało być (bo po co – miało byś jak na simie), mówię o jakimś ID card czy czymś na kształt karty z informacją, że mam prawo uczestniczyć w grze.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Przejdźmy jednak do "złotego pakietu uczestnika", który zachwycił nas tak jak całokształt organizacji do tamtej pory. W pakiecie tym znajdowała się mapa bez poziomic czy jakichś lepiej wykonanych oznaczeń, w formacie A4, która na rewersie posiadała nadrukowany regulamin gry. Mapa była zalaminowana. Kolejnym elementem był kupon na jeden ciepły posiłek pobierany w punkcie gastronomicznym, a ostatnim była świeca dymna warta w porywie 5 zł, w losowo wybranym kolorze. Świece te miały nawet do czegoś służyć. Szkoda, że nie posłużyły.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Falkenhorst - anatomia porażki

Po skomplikowanej i świetnie skoordynowanej rejestracji i pomiarach udaliśmy się do "stołówki". Stołówkę obsługiwała miła pani, która starała się jak mogła, by namiot nie oleciał od podmuchów silnego wiatru. Zwróćcie uwagę na to, że nie napisałem nic o naszywce, który miała dostać każdy z graczy. To dlatego, że nikt ich w trakcie rejestracji nie dostał, a w zamian zapewniono nas, że za jakiś czas "dojadą" i każdy będzie miał to co mu się należy. Pobraliśmy co było i udaliśmy się pod namiot sztabu, by sprawdzić, czy w ogóle odbywa się tam jakaś odprawa strony. Odprawa się nie odbyła. To znaczy, odbyła się, ale nie dla LRRP, a jedynie dla regularsów i specjalsów. My, gdyby nie życzliwość innych graczy, nie poznalibyśmy nawet haseł i odzewów (tzn. nasze hasła i odzewy podał nam niezawodny Izzy). Tak, celowo napisał w liczbie mnogiej, bo każda część armii Galdanii miała swój system rozróżniania swoich od obcych. I tak poznaliśmy trzy różne hasła i odzewy. Dało się zauważyć, że brak tu koordynacji dowodzenia. A może po prostu dowodzenie starało się zrównać poziom z dotychczasową organizacją? 

 

Główny punkt programu

Po przebrnięciu morza kłopotów, które nie powinny mieć miejsca zdecydowaliśmy się wyjść w pole by obstawić wyznaczony naszej grupie punkt. Zwróćcie uwagę na słowo "wyjść". Organizator obiecał pojazdy, jednak jedynym pojazdem o militarnym charakterze był Land Rover jednej z przyjezdnych grup. Pojazd nie brał udziału w grze. Innych nie uświadczyliśmy. Gra miała jednak trwać 48 godzin, więc w tamtym momencie, posiadając nadzieję na fajną rozgrywkę, ufaliśmy, że pojazdy jeszcze się zjawią (może wjadą w sam środek akcji przy serii wybuchów i w chmurach dymu?). Na odprawie regularsów otrzymaliśmy info o zakazie użytkowania wszelkich pojazdów na terenie lasów (z drogami włącznie).

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Wyjście przebiegło szybko, a sam teren rozgrywki okazał się... dosyć niewielki, biorąc pod uwagę przewidywaną liczbę uczestników walki o prowincję Zadar (ponoć organizator zmniejszył teren działań przed rozpoczęciem gry). Nic to. Kawałek marszu po asfaltowej drodze, przebiegającej przez sam środek terenu gry (dosłownie) zszedł nam szybko, a fakt, że minęliśmy przy tym całe siły armii regularnej i SF tylko dodał nam otuchy, bowiem taka ilość "wojsk" prezentowała się imponująco (nie było to absolutnie 200 czy 300 osób, raczej coś ok. 120). Kiedy weszliśmy w las szybko okazało się, że nie jest to miejsce jak inne, które do tej pory zwiedzaliśmy w trakcie simów czy zlotów.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Oczarował nas klimat kojarzący się z górskimi szlakami. Głazy, wąskie ścieżki i mocne spadki terenu tylko motywowały do dalszego marszu. Nie dziwi wcale, że teren objęto programem ochrony "Natura 2000", który chyba nie do końca dopuszczał organizację tu tak dużych zlotów. Niemniej, po 20 minutach marszu dotarliśmy do punktu określanego jako Obserwatorium, znajdującego się na szczycie jednego ze wzgórz. W owym punkcie zastaliśmy wielki stalowy krzyż, który – na co wskazywał opis na tablicy informacyjnej – w czasach wojny stacjonującym tam oddziałom służył za antenę. Organizator wykorzystał go w podobny sposób. Dodatkowo, kilka par drzew w bezpośrednim sąsiedztwie krzyża zostało obciągniętych czarną folią (tzw. streczem). Tak miały wyglądać wszystkie "miasta" na terenie rozgrywki. Miasta duchów, zupełnie opuszczone; nie było tu mowy o cywilach rodem z Misji Afganistan, która okazała się kolejną grą, bijącą Falkenhorst na głowę. Folia zwisała miejscami bezładnie, szpary pomiędzy kolejnymi pasami nie wyglądały najlepiej, a wykonanie zdawało się być realizowane na szybko i bez konkretnego pomysłu. 

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Falkenhorst - anatomia porażki

Po jakimś czasie spędzonym na obserwacji punktu (mieliśmy go obserwować do godziny 20:00) pojawił się pierwszy wrogi kontakt i w dość mozolny sposób wszystko zaczęło się rozkręcać. Wykrzyczeliśmy całą kanonadę haseł, ale nic to nie dało. Najpierw zaatakował nas niewielki oddział, który odparliśmy, potem dołączyły do niego znaczne siły i tym już nie daliśmy rady. Chwilę po wycofaniu się z punkty naszych pozostających przy "życiu" operatorów, na wzgórzu pojawiły się wszystkie nasze siły: regularsi, specjalsi i dwa patrole LRRP. Rozpętała się regularna wojna, co – muszę przyznać – robiło wrażenie! Nie będę opisywał przebiegu bitwy, jednak powiem, że dawno nie spotkałem się z tak uczciwą grupą graczy. Uczciwą i grającą według zasad fair play. Medycy naprawdę starali się pomagać, dowódcy mieli pełne ręce roboty, a gracze osłaniali się wzajemnie prąc naprzód czy też cofając się w zależności od rozkazu. Niestety, jako osoby wyeliminowane z gry, opuściliśmy ten swoisty plac zabaw i udaliśmy się do obozu mijając po drodze jedno z trzech miast - kolejne pasy folii rozciągniętych niechlujnie między drzewami.

 

Resp

Obóz Galdanii, zgodnie z oczekiwaniami okazał się miejscem mocno wyludnionym i absolutnie pozbawionym militarnego klimatu. Sztab nie wiedział co z nami robić, więc kazano nam po prostu siedzieć i czekać na powrót do rozgrywki, który według zasad miał trwać trzy godziny. Udało się nam także wywalczyć należne nam naszywki, wykonane całkiem fajnie przez CombatID. Dobrze, że tak szybko się po nie zgłosiliśmy, bo nie dla wszystkich starczyło! Po około czterdziestu minutach podszedł do nas organizator (widzieliśmy go wtedy po raz drugi) i oznajmił, że żyjemy i... możemy robić co tam chcemy. Najlepiej gdzieś iść. Zaskoczyło nas tak luźne podejście do tematu sił stacjonujących w bazie. Simy, na których bywamy dosyć często przyzwyczaiły nas do musztry i ciągłego napięcia, zaś to co tu zastaliśmy było po prostu tego zaprzeczeniem.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Falkenhorst - anatomia porażki

Pierwszy raz też mieliśmy okazję dłużej porozmawiać z ludźmi ze sztabu, którzy niestety nie zrobili na nas dobrego wrażenia. W ich namiocie, mimo wzorowej organizacji miejsca także nie znaleźliśmy odpowiedzi na wiele pytań. Nie tych organizacyjnych, ale tych związanych z samą fabułą. Najczęstszymi odpowiedziami sztabu Galdanii w naszym kierunku były "nie teraz!" i "nie wiemy, przyjdźcie później". Rozumiem, że chłopaki starali się stawać na głowie by zardzewiałe, sypiące się tryby tego zlotu wykonały jeszcze choć pół obrotu, ale takim podejściem do graczy tylko dopełniali czary goryczy. Nie wymagaliśmy wielkiej obszernej wiedzy, wymagaliśmy trochę dowódczej charyzmy, której nie brakowało dowódcom kompanii (Grey, Jarek M i Izzy). Jak się okazało po wszystkim, działanie było celowe, ale jego wykonanie było dosyć specyficzne. Wyszliśmy w pole tylko po to, by przespacerować się kawałek, bowiem nie napotkaliśmy sił wroga, a zmrok opadający na dosyć trudny teren, zabił grę. Około godziny 20:00 wszystko zamarło.

 

Noc

W terenie były tylko minimalne siły wyposażonych w noktowizory graczy. Graczy, którzy raczej spacerowali, bo nie było co liczyć na kontakty. Zastanawiało nas dlaczego wróg nie stara się przechylić szali na swoją korzyść. Wróciliśmy więc do obozu i idąc za przykładem innych rozpaliliśmy niewielkie ognisko. Wtedy też zauważyliśmy, że gro grup porzuciła nadzieję na sima i oddaje się świętowaniu ciągu zwycięstw nad Tangau, choć większość ekip regularsów jednak nie miała czego świętować, bo pomimo zdobycia 3 miast i spędzenia 6 godzin w terenie, nie mięli kontaktów z wrogiem.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Nie poszliśmy w ich ślady nieco zbici z tropu takim przebiegiem całego wydarzenia, które kosztowało nas wiele czasu i pieniędzy. Otuchy nie dodała para organizatorów, która obchodząc obóz wypytywała graczy o odczucia. Nas też. Jednak na pytania o fabułę, pojazdy czy kilka pomniejszych kwestii nie byli w stanie odpowiedzieć zrzucając część odpowiedzialności na niewinny sztab. Rozmowa nie była zatem owocna. Ani trochę. Około 23:00 udaliśmy się na spoczynek we własnym namiocie, w którym to prawie zamarzliśmy (to akurat z winy własnej).

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Po odpoczynku i posileniu się niezawodnym pakietem MRE (niestety punkt gastronomiczny wyglądał na opuszczony i tu punkt dla wymienionego wcześniej Combat Alert, podczas którego zjeść coś na ciepło można było nawet w środku nocy) wyszliśmy w pole planując trasę, która miała przebiegać przez punkt Obserwatorium, jedno z miast i... dalej gdzie nas nogi poniosą. Zauważyliśmy, wychodząc z obozu, że swój namiot rozkłada SpecShop. Gdy wróciliśmy z pola, namiot już składano. Wcale nas to nie zdziwiło. W punkcie "O" spotkaliśmy znaną nam grupę Marines i kolejną grupę gości z za granicy – tym razem ze Słowacji. Ich miny nie wróżyły dobrze opinii o Polskich grach ASG. Już wtedy nas to zabolało.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Po rozmowie z dowódcą jednostki regularsów, skontaktowaliśmy się z naszym przełożonym po czym wybraliśmy się do kolejnego miasta, które było nam jeszcze nieznane. Po drodze zaskoczył nas dosyć mocny wybuch, więc przyspieszyliśmy marszu by wejść w sam środek kolejnej znacznej batalii.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Gracze leżeli na drodze (ranni) opatrywani przez medyków, inni flankowali, dym z granatów i świec gryzł w oczy, ale nie przeszkodziło nam to w podjęciu ofensywy na wycofujące się i przetrzebione przez oddziały Greya siły wroga. Zasłaniając dymem rannych i pozwalając naszemu medykowi pracować odparliśmy resztkę szturmu i po krótkim, bezowocnym pościgu powróciliśmy na drogę, na której spotkaliśmy jeden z oddziałów LRRP, zaangażowany w inne zadanie. Zdecydowaliśmy się kontynuować podróż do pobliskiego foliowego miasta wraz z częścią regularnej armii i już po 100 metrach, które przeszliśmy, napadł na nas wróg sprytnie zasadzony na jednym ze zboczy. Niestety, kilku nieprzyjaciół nie miało szans z burzą kulek, która spadła na nich z naszej strony wraz z granatami odłamkowymi. I w tedy zauważyliśmy, że jest ich po prostu strasznie mało.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Czy na prawdę organizator nie zadbał nawet o tak podstawową kwestię jak balans sił? Jeden z graczy strony przeciwnej podał nam informację wedle której zostało ich około 30 - 40 osób. Część naszych graczy też już nie operowała, ale siły którymi dysponowaliśmy i tak przewyższały tę liczbę co najmniej dwukrotnie. Udaliśmy się do zdobytego i utrzymywanego przez nasze jednostki punktu, po czym powróciliśmy na punkt obserwacyjny. Tam stacjonowaliśmy przez ponad dwie godziny i natknęliśmy się na kolejny duży zgrzyt. W pewnym momencie wprost przed nami... pojawiła się kobieta w cywilnych ubraniach z dużym psem. Abyśmy się dobrze zrozumieli, za kwotę blisko 200 zł spodziewałem się, że teren będzie zamknięty lub chociaż dobrze oznakowany! Obiecywano nam sędziów, którzy będą krążyli po terenie rozgrywki, a taka osoba byłaby w tej chwili na wagę złota.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Mimo wspaniałych graczy i terenu, zbyt długi czas w bezczynności i brak sensownych komunikatów ze strony sztabu zabił w nas (i nie tylko w nas) ducha walki.  Zdecydowaliśmy się zejść z pola gry i po odmeldowaniu się udać się na jakiś obiad. Schodząc z pola spotkaliśmy kolejnych cywilów, tylko częściowo uświadomionych o mających miejsce manewrach.

 

Koniec gry

Po zameldowaniu w namiocie sztabu i rozmowach z pozostałymi graczami podjęliśmy niespodziewaną i nieco smutną decyzję o opuszczeniu terenu gry i powrocie do domu. Kolejna noc pod namiotem, bezsensowne bytowanie w polu czy na terenie bazy skutecznie nas zniechęciła. Widok pakujących się kolegów z innych grup nie dodawał chęci. Widzieliśmy też mocno zawiedzionych ludzi z innych krajów. Tych było nam najbardziej żal. Obiecano im kolejnego wielkiego sima, a dostali słabo przygotowana strzelankę w genialnym towarzystwie. Towarzystwo to jednak za mało, bo takie gry, a nawet zdecydowanie lepiej przygotowane odbywają się w obrębie lokalnych środowisk. Mamy nadzieję, że koledzy z poza granic nie postawią kreski na całym Polskim airsofcie i dadzą szansę tym fajnym, sprawdzonym grom, choć niesmak na pewno pozostanie na długo.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Jedynym czego nie zobaczyliśmy był organizator. Ten ulotnił się niczym widmo pozostawiając po sobie jedynie wiele negatywnych emocji i atakowany przez graczy sztab, który jak się okazało, po kontaktach ze sztabem strony przeciwnej starał się nas jak najbardziej opóźniać i celowo podawał zdawkowe informację, by przeciwnik miał szansę chociaż na chwilę się podnieść. Nie udało się jednak, za co wina nie powinna spaść na nich. Gra trwała dla nas 23 godziny. Kosztowała każdego z nas z grupy Dziki Oddział (bo z tej Gdańskiej grupy "pochodzę") ponad 500 zł.  

 

Posłowie

Po tym nacechowanym negatywnymi odczuciami opisie, nasuwa się pytanie zadane na początku: co się stało? Złośliwi powiedzieliby, że "stał się organizator". My nie jesteśmy złośliwi i powiemy, że raczej "organizacja" będzie tu lepszym słowem kluczowym. Zabrakło wszystkiego, oprócz genialnej grupy ludzi, którzy sami starali się wykonać pracę, za którą zapłacili. Zabrakło pokory i prób naprawiania na bieżąco pojawiających się problemów. Zabrakło chęci i charyzmy, a ciągłe zrzucanie winy na sztaby (!), firmy podwykonawców (!!) i w końcu nawet graczy (!!!) tylko  dopełniało działa zniszczenia. Rozmowa z organizatorem, którą zainteresowani już najpewniej widzieli, a którą można znaleźć na YT, nie daje wielkich nadziei na pokojowe rozwiązanie sprawy. Na szczęście organizatorzy tego wydarzenia szybko nie wyjdą z kolejną inicjatywą, o co na pewno zadba wiele osób.

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Falkenhorst - anatomia porażki

Cieszy fakt, że nie tylko Falkenhorstem człowiek żyje. Mamy przed sobą masę dobrych simów, organizowanych przez sprawdzone grupy, mamy Combat Alert dla osób lubiących wybuchy i ciężki sprzęt, jest Misja Afganistan z elementami LARPa, która pozwoli poczuć klimat misji oraz wiele innych zasługujących na - zawiedzione w wypadku opisywanego tworu – zaufanie, gier simów i zlotów. Na tych zlotach też się pojawimy, opiszemy dla was nasze wrażenia. 

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

Gwoli wyjaśnienia tego co dzieje się obecnie z wszelkimi zarzutami do organizatorów gry Falkenhorst, zapraszamy do dyskusji w temacie na naszym forum oraz do odwiedzin forum dedykowanego (www.falkenreturn.fora.pl) i grupy na portalu Facebook o wymownej nazwie "Fuckhorst". Trzymamy rękę na pulsie i gdyby miały miejsce jakieś znaczące zwroty akcji, będziemy na bieżąco o nich informować.  

 

Falkenhorst - anatomia porażki

Falkenhorst - anatomia porażki

Falkenhorst - anatomia porażki

Kończąc opis tego przestępstwa przeciw organizacji podsumuję wszystko słowami mojego kolegi: "Falkenhorst to gra, na którą jedzie się raz w życiu". Myślę, że rozumiecie przesłanie.

DobryDobrodziej

 

Falkenhorst - anatomia porażki

 

 

Linki

Obszerna dyskusja na Forum WMASG

Forum uczestników Falkenhorst

 

Ocena wszystkich (6.00, głosów: 9)

  • Dodaj do:
  • Facebook

Komentarze

Przejdź na koniec listy komentarzy
Mendi 10.06.2015, h. 11:20 Mendi
Późno co prawda, ale rzeczowo i zgodnie z prawdą. Byłem, widziałem, zdobyłem najdroższa w życiu naszywkę, marzłem na równo z innymi uczestnikami i doświadczyłem całej tej katastrofy, szumnie zwanej milsimem. W piątek faktycznie, jako regularsi, pomimo opanowania 3 miast, nie mięliśmy kontaktu z wrogiem. W sobotę poszliśmy na samowolkę, po zwiedzeniu wszystkich miast i punktów kontrolnych, dopiero pod samym wrogim obozem udało się spotkać przeciwnika i coś postrzelać - pozdrowienia dla Spajdy i jego ekipy.

Po południu ludzie zaczęli się rozjeżdżać, w terenie było na prawdę mało ekip, a 3 napotkanych fotografów obsiadło nas jak muchy.

Funkcjonują jeszcze m.in. nazwy Falkenshit oraz Wałkenhorst.
Kopcik 10.06.2015, h. 12:26 Kopcik
Dwa razy w tekście jest o Polskim airsofcie...
A przymiotniki piszemy z małej litery...
Wacol 10.06.2015, h. 12:59 Wacol
Niestety byłem i widziałem, jak Bernard wraz z niejakim Łukaszem zrobili w - powiedzmy, że w głupa - graczy z Polski i zagranicy oraz wszystkie firmy i media, które udzieliły im wsparcia.

Miałem okazję zamienić z Bernardem kilka słów. Sam nie zorganizowałem w życiu zbyt wielu imprez, ale mam wrażenie, że wyciągnąłem z nich więcej wniosków niż on kiedykolwiek będzie w stanie. Kiedy zadawałem mu pytania, dlaczego w konkretnych przypadkach podczas ogarniania imprezy postąpił tak, a nie inaczej, to miał minę, jak gdybym przekazywał mu prawdy objawione.

Szkoda, że przed imprezą nie trafił się nikt z warszawskiego środowiska, kto uprzedziłby ludzi przed tym, jak do tej pory kończyły się robione przez B. strzelania. Cóż - było, minęło. Wszyscy się czegoś nauczyliśmy. Ale kosztowało nas to sporo.
koper229 10.06.2015, h. 13:42 koper229
Od pewnego czasu obserwuje nie pokojący trend do tworzenia bardzo drogich, ładnie promowanych imprez, które absolutnie nie spełniają pokładanych w nich nadziejii. Strzelam się od wielu lat i kiedyś można było pojechać na zlot gdzie bawiło się kilkaset osób, była porządna organizacja, pojazdy, pirotechnika, a uczestnictwo kosztowało 30-50zł. A dzisiaj? Falkenhorst to nie jedyna impreza gniot. Podobnie jest z CA, na którym najważniejsze dla orgów jest zebranie materiału na fajny filmik promujący kolejną edycje. Jakiś czas temu widziałem reklamę milsima, którego nazwy nie wymienię aby nie robić reklamy. Super stronka, super film promujący, uczestnictwo 300zł/os a oferuje to samo, co zwykły milsim, w którym uczestnictwo kosztuje max 100zł. Że też ludzie dają sie na to nabierać.
Chodzi Ci o Hunt... ? Cena konkretna
hamilkar 10.06.2015, h. 14:02 hamilkar
Biznes. Kiedyś po prostu nikt na tym nie zarabiał. Teraz to w sporej części przedsięwzięcia komercyjne, dlatego nacisk jest na zarobek, a nie na dobrą grę graczy (co się nie wyklucza, ale cóż... priorytety)
hindus 10.06.2015, h. 14:03 hindus
Nie ma co lamentować, że "kiedyś to było lepiej", bo kiedyś całe środowisko to byli wyłącznie pasjonaci i to po obu stronach. Sklepy, organizatorzy, to byli jednocześnie aktywni i znani w środowisku gracze, o wyrobionej marce. Wraz z rozwojem rynku airsoftowego i co za tym idzie środowiska, zaczął on się co raz bardziej komercjalizować i stawać biznesem. Czy się komuś podoba, czy nie, jest to naturalna kolej rzeczy. I nie ma w tym zupełnie nic złego! Wręcz należało by się cieszyć, bo im więcej pieniądza się kręci w branży, tym lepiej dla środowiska. Oferty w sklepach się poszerzają, w wyniku rywalizacji konkurencyjnej ceny spadają, pojawiają się innowacyjne projekty. Na imprezach pojawiają się co raz bardziej wymyślne i zaawansowane gadżety i pojazdy. Przecież dla preferujących kameralną atmosferę zawsze znajdą się imprezy "po staremu", do tego zrobione na bardzo wysokim poziomie (jak niedawny Zlot ASG Hunters, o czym niedługo będzie można u nas przeczytać).

Wspomniane zostały zloty z dawnych lat po 10-50 zł wpisowego, gdy 100 zł to już była groza. A może warto się zastanowić dlaczego tych imprez już nie ma? Może gdyby środowisko dało zarobić organizatorowi, to on by wówczas miał z czego skrzydła rozwinąć i mielibyśmy w Polsce kilka Border Warów, a może i nawet bardziej zaawansowanych imprez?

Ważne jest, żeby impreza była zrobiona z pasją, niezależnie od tego czy jest to impreza komercyjna, non-profit czy też po wszystkim orgom zostanie na przysłowiowe piwo (z czego też byli pośród nas zdecydowani ich rozliczać…). Nikomu nie powinno być nic do tego czy organizator coś na tym zarabia, pod warunkiem jeśli cena do otrzymanej jakości jest adekwatna. Choć wydaje się, że podejście się powoli zmienia, to w dalszym ciągu dużo z nas by oczekiwała imprezy najlepiej za darmo (replik też), a to myślenie krótkowzroczne.

Oczywiście zgniłe kwiatki, jak Falkenhorst nie sprzyjają promocji i sympatii do droższych imprez, jednak moim zdaniem to nie jest zły kierunek. Problem w tym, kto nim podąża. Trzeba pamiętać, że to naszym zadaniem, jako WMASG i całego środowiska, szczególnie po Falkenhorście jest rozliczanie każdego organizatora z danych deklaracji, wyrywanie chwastów i wspieranie imprez wartościowych, informowanie o nich, a nie ściąganie imprez do poziomu non-profit, które prędzej czy później po prostu wypalą organizatora i doprowadzą do posuchy, której obecnie jesteśmy świadkami, bo ogólnopolskich dużych imprez obecnie jest co kot napłakał, podczas gdy w czasach świetności była średnio jedna raz na miesiąc. Pozostawiam pod zastanowienie się.
Regdorn 10.06.2015, h. 16:20 Regdorn
Jeszcze warto zauważyć, że Border War kosztuje dużo więcej, jest oficjalnie imprezą komercyjną, a ściąga 3000 uczestników i z koniecznością odgórnego limitu miejsc, bo chętnych od lat niezmiennie jest znacznie więcej, także z Polski.

Tych co nie czytali zapraszam tutaj: http://wmasg.pl/pl/articles/show/638726
Regdorn 10.06.2015, h. 16:38 Regdorn
hamilkar 10.06.2015, h. 14:03 hamilkar
Co do Berniego to chyba ma się dobrze, nikt go o kasę nie ściaga i znow mu się upiekło, a taka nagonka była kilka dni po falkenie
Niedzwiedz 10.06.2015, h. 14:24 Niedzwiedz
Uważam, że podczas drogich imprez, gdzie nie pobierane są już tylko symbolicznej kwoty powinna być spisywana umowa cywilnoprawna między uczestnikiem, a organizatorem, w której obie strony się do czegoś zobowiązują. Tymczasem kończy się na banalnym podpisaniu regulaminu nie będącego żadnym dokumentem gdyż nie zawarto żadnej transakcji w rozumieniu żadnego kodeksu. Nie wspomnę już o obowiązku wystawienia faktury, rachunku albo chociaż KP w naszym państwie gdy pobiera się pieniądze za usługę.
Wówczas pojawiło by się magiczne słowo po obu stronach transakcji... "odpowiedzialność".

Popieram też zdanie Kopera. Pamiętam zloty sprzed lat które kosztowały mniej niż 100zł i było na nich mnóstwo ludzi, pirotechniki, akcji i lekkiego sprzętu zmotoryzowanego do celów transportowych.
Nie było za to filmów, reklamówek, pakietów uczestnika, wyżywienia, skomplikowanej łączności, zawiłej fabuły i masy innych zbędnych rzeczy które tylko pochłaniają uwagę organizatorów.
Mogli się wówczas skupić na tym co ważne.

Przy okazji wielki plus dla redakcji wmasgu, która doskonale spełnia swoją rolę mediów w tego typu sytuacjach.
Czy tutaj nie mieszamy troszkę pojęć "masowych jebanek" z pojęciem "military simulation"?
Intruder 10.06.2015, h. 15:03 Intruder
Uwaga to nie hejt tylko poważne pytanie,
skoro pakiety dla uczestników, łączność, fabuła i atrakcje są podczas imprezy nie potrzebne to co jest?
Załatwienie pirotechniki, pojazdów, terenu na których można ich bezpiecznie i legalnie użyć też nie jest ani tanią ani łatwą sprawą.
Wojas_PL 10.06.2015, h. 15:17 Wojas_PL
@Intruder: Chodzi mi o sposób organizacji imprezy masowej ASG, nie o zasady gry milsim/jebanka

@Wojas_PL: świetne pytanie. Niestety długa odpowiedź:
Typowy gracz raczej nie jedzie na drugi koniec Polski po to aby dostać pakiet uczestnika czy zawiłą fabułę. Jedzie po przygodę, przeżycie, zabawę i chce z niej wrócić zdrowy i zadowolony.

1) podstawową potrzebą jest bezpieczeństwo - organizator powinien to zapewnić na pierwszym miejscu. Na przykład: karetka medyczna zgodnie z wymogami dla imprez masowych, realne chrono, posiadanie prawdziwych danych o uczestnikach gry a nie tylko ksywek, legalizacja pobytu na terenie, zasady higieny (toytoyie, woda) itd...
2) drugą potrzebą jest przygoda, przeżycia i zabawa czyli: misje, zadania, sztab, organizacja zespołów graczy, łączność ze sztabem (ale wiarygodna jak GSM a nie skomplikowana niby-paramilitarna, która rzadko działa), prosta i zrozumiała fabuła, balans sił, aktywne dążenie organizatorów do wytworzenia rywalizacji wśród graczy (organizacja kontaktów, sprzecznych celów misji, koordynacja itd).
3) trzecią potrzebą są urozmaicenia: fajerwerki, pirotechnika, pojazdy, konstrukcje i instalacje, namioty itd...
4) na końcu wygoda i bajery: jedzenie od organizatorów zamiast własnego, plakietki, naszywki, skomplikowana i zawiła fabuła, pojazdy które zazwyczaj tylko są i generują mnóstwo kosztów, zawiłych zasad i stwarzają prawdziwe zagrożenia itd...

Tymczasem w realu :) :
Większość nowo powstałych imprez odwraca tę piramidę potrzeb. Najpierw czytamy na forum skomplikowane tło fabularne, oglądamy super filmik, dowiadujemy się w regulaminie ile dostaniemy plakietek, koszulek, naszywek, ile będzie wozów i piro, potem dostajemy skomplikowane reguły (czyli pkt 3 i 4 idą na sam początek).
Na miejscu mało (jeśli w ogóle) widać wysiłków w celu balansu sił, solidnej organizacji oddziałów i zadań sztabowych. Szybkiego szkolenia z łączności (np. numery komórek do dowódców). Nikt nie organizuje gry by wytworzyć odpowiednie jej tempo. Punkt 2) schodzi na dalszy plan bo organizator ma mnóstwo na głowie w związku z pkt 3 i 4.
Natomiast konia z rzędem temu kto jest pewien, że na imprezie nie ma wariata z super repliką (realne i solidne chrono), temu kto wie gdzie jest punkt medyczny, kto potrafi powiedzieć kim prawnie jest organizator gdyby doszło do złamania prawa albo kto jest właścicielem terenu. Punkt 1 jest często symboliczny.

Prawdą jest, że mądrzę się na temat organizacji zlotów ASG a sam żadnego nie zorganizowałem. Mam natomiast na swoim koncie zorganizowane wiele akcji letnich przez lata działalności instruktorskiej w ZHP. Obozy i zimowiska pod względem długości trwania (tygodniami), kosztów, frekwencji, odpowiedzialności (dzieci i młodzież, kontrole kuratora, staży p.poż, sanepidu itd...) są w stosunku do zlotów ASG na zupełnie innym poziomie trudności. Jakoś można tam bez problemu zapewnić wszystkim uczestnikom świetną zabawę właśnie dzięki skupieniu się tylko na tym co ważne dla programu imprezy masowej i egzekwowaniu odpowiedzialności po obu stronach.
Niedzwiedz 10.06.2015, h. 15:52 Niedzwiedz
Bardzo konstruktywna wypowiedź. Niemniej jednak oczekiwania są różne, jednym bardziej zależy na tym by wypruć masę kulek ginąć i wracać do gry, innym by poczuć klimat wojny, zagrożenie utraty jedynego życia, fabułę, larp, pojazdy i właśnie te wodotryski. W dobie rozwoju ogólnopolskiego ASG jest coraz więcej dużych imprez nie mówiąc już o skali międzynarodowej. Czas mija i coraz trudniej wymyślić coś nowego co zainteresuje ludzi, nowe rzeczy są też coraz droższe i wymagają więcej czasu od organizatorów. Znam niejednego który rzucił to w cholerę bo się wypalił. Staranie się, wymyślanie nowych atrakcji, poświęcanie własnych środków i czasu dopłacanie do imprez a potem wysłuchiwanie że chujnia i w ogóle żal.Myślę, że tanie zloty i niedzielne strzelanki nie umrą i cały czas będą ludzie chętni zarówno do organizacji jak i udziału w wydarzeniach na małą skalę. Jednak jest też na rynku miejsce dla ludzi i imprez o aspiracjach zarówno symulacyjnych jak i o zasięgu międzynarodowym. A mimo wysokich cen biletów do kieszeni organizatora często wcale dużo pieniędzy nie trafia. O ile w ogóle bo budżet simu na 200 osób i wpisowym 100zł nie zawiera takiej pozycji jak zysk.

P.S. Impreza masowa zaczyna się od 1000 osób biorących w niej udział, wcześniej nie jest masowa. Dopiero powyżej 1000 osób organizator ma obowiązek zapewnić zaplecze medyczne na miejscu imprezy.
Wojas_PL 10.06.2015, h. 16:15 Wojas_PL
Zgadzam się. Ostatnio mamy serię niewypałów ogólnopolskich bo organizacja czegoś dużego to spore przedsięwzięcie, a mamy w środowisku raczej hobbystów zapaleńców niż osób profesjonalnie przygotowanych do organizacji imprez masowych.
A milsim od zlotu jebanki różnią się tylko celami oraz regułami gry. Problemy organizacyjne są tu podobne. W obu przypadkach obserwuję też podobne odwrócenie wysiłków orga do potrzeb uczestników.
Niedzwiedz 10.06.2015, h. 16:23 Niedzwiedz
Taką umowa jest Regulamin imprezy.
Dziękuję :)
chichot 11.06.2015, h. 21:20 chichot
Ja byłem na takiej imprezie w tym roku 12 kwietnia w Woli Wodyńskiej, na miejscu gdzie organizowano kiedyś Karabalę. Impreza nazywała się "Bitwa o Ardeny", ale nie było to reko, tylko po prostu całodniowa strzelanka z podziałem na Aliantów i Niemców. Najpierw Niemcy atakowali zdobywając kolejne linie, a potem Alianci robili kontraatak. Za 40 zł mieliśmy pakiet gracza z kulkami, poczęstunkiem na grillu, do dyspozycji pojazdy w tym SKOTa, który bardzo uatrakcyjnił rozgrywkę, dowódcy stron mieli po dronie do obserwacji terenu, a całą imprezę dodatkowo filmowała i fotografowała profesjonalna ekipa, m.in cannon fodder. Dodatkowo po imprezie dzieki uprzejmości organiztora pojeździliśmy na szalonej wycieczce SKOTem :) wrażenie niezapomniane, spotkani fajni ludzi, pasjonaci i fanatycy asg i militariów, a impreza kosztowała 40 złotych. Także da się :)
run23 11.06.2015, h. 21:31 run23
Intruder 10.06.2015, h. 14:36 Intruder
Uważam, że w kwestii milsima HU to drodzy koledzy typowo po polsku narzekają nie zapoznawszy się bardziej z tematem. HU nie jest organizowany przez ludzi no-name. Wszyscy uczestniczący w organizacji tej imprezy oraz osoby współpracujące to ludzie, którzy wielokrotnie już dowiedli SETKOM uczestników, że robią simy na wysokim poziomie o bardzo dobrej organizacji. W tym roku odbywają się kolejne edycje tych simów (lub imprezy pod inną nazwą z innym scenariuszem). Są to jednak simy dla hardcorowców wymagające sporych umiejętności i wiedzy co zawęża grono odbiorców. Obłożenie z reguły nie przekraczają 250-300 osób. Prawda jest taka, że 150-200-300 zł za dobrego sima to nie jest cena wygórowana. Dobra organizacja sima wymaga miesięcy zaangażowania wielu osób, wydatki i spore środki, które trzeba wcześniej zainwestować. Środowisko powinno się powoli przyzwyczajać, że dobre imprezy kosztują - i to wcale nie wygórowaną cenę. Idąc na porządną imprezę jednego wieczora przepuszczamy 100-200 zł. Często ok 350. Tutaj mamy imprezę 48h, która daje więcej dobrej zabawy i nie mamy potem kaca :D
Skoro przeciętny "operator" wydaje na szpej średnio ok 3-8 tysięcy zł to nie po to aby w tym szpeju oglądać TV tylko z niego korzystać intensywnie na imprezach, do których je kupił. Oczywiście można liczyć, że sim będzie kosztował 60-80-100 zł ale poza yebanką i dużą ilością przebytych na nogach kilometrów nie powinniśmy od niego wymagać zbyt wiele. W sytuacji gdy ORG oferuje pojazdy kołowe, wodne itp należy liczyć się z większymi kosztami. Same kwestie uzgodnienia terenu z władzami również potrafią nieść za sobą koszty. Ilość czasu jaką należy poświęcić na organizację dobrego sima to poświęcenia czasu domowego, rodzinnego, często służbowego. Za co? Po to żeby w skrajnych przypadkach jeszcze do tego dokładać i słuchać/czytać dywagacji i narzekań, że nie było Apaczy (AH-64), ostrzału artyleryjskiego i w ogóle mało się działo? Myślę, że środowisko powinno zacząć odzwyczajać się, że dobre simy będą robione pro-bono. W taki sposób dla rozrywki można organizować sobotnie jebanki ale nie milsima, którego przygotowuje się miesiącami w wieloosobowym składzie.
robertas3 10.06.2015, h. 15:36 robertas3
Co to jest za namiot? Chodzi mi o ten taki prostokątny w jakimś tam kamuflażu :)
Polski N-6/97 kontr. Lubawa
Trzmiel 11.06.2015, h. 10:36 Trzmiel
Gajos999 10.06.2015, h. 15:47 Gajos999
Dobrze że swoje chrono zabrałem bo te bernarda w momencie włączenia podczas chronowania nie działało.
No i co by było wtedy....
Grey 10.06.2015, h. 16:30 Grey
Zgadzam się z Niedźwiedziem, co do tego, co jest istotne na grze (nie tylko airsoftowej).
Co do tekstu, właściwie w 100% się zgadzam i dodam smutną myśl, że MA i CA odbywają się w tym samym tygodniu i trzeba wybrać gdzie się jedzie niestety. A szkoda.
Termin MA2015 był znany wcześniej, a to że "przypadkiem" CA wbiło się w nasz termin to już nie jest zależne od nas.
Badzik 12.06.2015, h. 16:45 Badzik
Intruder 10.06.2015, h. 17:59 Intruder
To, co jest istotne zależy indywidualnie od uczestnika. Dla miłośnika strzelanek (przeważających w ASG) istotne będzie dużo akcji bojowej, strzelania. Dla miłośnika SYMULACJI militarnej istotna będzie nie sama walka, co sposób realizacji zadań zgodnie ze sztuką, właściwe stosowanie procedur medycznych, łączności itp., wykorzystanie umiejętności survivalowych/bytowania w trudnych warunkach i jeśli do tego dojdzie - realizacja kontaktu z wrogiem na swoją korzyść. Ale wiele operacji polega na unikaniu kontaktu z wrogiem. I tutaj m.in. pojawiają się różnice między tym co jest interesujące dla jednych i dla drugich. "Black Ops" Sfory - nuda, nuda, nuda bo operatorzy Black Ops zdecydowanie powinni unikać kontaktu z przeciwnikiem, marzną, łażą, głodują. Marźliśmy, łaziliśmy, kochamy. Albo Salamandra czy Green Coat - masa czasu w lesie lub w samochodzie, na rutynowym patrolu. Każda otrzymana kulka to duży problem, a nie tylko kwestia dotarcia do resa po nowe życie. TO są symulacje. Jeździmy, kochamy - jak i masa innych uczestników. Czy pojechał bym jeszcze raz za 200-300zł. Tak!
Z grami ASG to jak z wszystkim innym - jeden woli auta klasyczne, inny nowe sportowe, inny wygodne, a jeszcze inny terenowe. Chcesz emocje typu speedball - wybierasz Ferrari, a nie Galendy. Chcesz wygody, nie wsiadasz do Galnedy, a do S-klasy.
W tej kwestii jak i w kwestii rodzaju zabaw ASG nie można mówić co jest lepsze czy na nich istotniejsze. Istotna jest po pierwsze dobra organizacja i pomysł, a wtedy dobra zabawa murowana. Jeśli wolisz strzelanki to nie powinieneś jechać na SYMULACJĘ, bo się zawiedziesz i będziesz hejtować na forach. Wolisz sprawdzić się w realistycznych warunkach pola walki - nie jedziesz na strzelankę, gdzie życie nie jest wiele warte, bo zaraz masz nowe.
Milsimowiec jedzie na milsima właśnie żeby spać w ciasnym namiocie lub pod pałatką bez względu na upał czy deszcz, żeby jeść i srać w lesie, żeby unikać każdej kulki i żeby całą resztę robić jak żołnierz na polu walki. Zrealizować zadanie i przy okazji wyeliminować przeciwnika. Nie po to by mieszkać w hotelu, oglądać TV pomiędzy patrolami-jebankami z użyciem hi-capów.
Milsimowiec nawet na jebankę załaduje maga na x1,5 lub x2 mimo, iż przeciwnik posuwa z hi-capów. Bo to jest kwestia własnych priorytetów, a nie tego jak powinno być. Ważna jest organizacja, pomysł i ludzie... i sztab kierujący z pomysłem tymi ludźmi :)
Myślę, że ciutkę spłycasz milsimowca Intruderze. Początkowo, zgodzę się, fajnie jest spróbować sił w trudnych warunkach logistycznych, ale tak jak żołnierz woli mieć miejsce do zrobienia kupy w cywilizowanym miejcu i spać na wygodnym łóżku, tak milsimowiec z doświadczeniem, gdy już się wyhasa po krzakach, zaczyna bardziej patrzeć w szersze rozumienie symulacji niż udawanie spec-zwiadowcę sikającego do butelki.Oczywiście mówienie, że chodzi o doświadczenie też jest spłyceniem. Są tacy, którzy nigdy nie chcą wychodzić z lasu i tacy, którzy od początku szukają symulacji na wyższym szczeblu a nie na symulacji 'mam-przejebane-na-poligonie'.Osobiście uważam, że dla imprezy o wiele lepiej jest, jeśli logistyka stoi na wysokim poziomie i ludzie po powrocie do bazy naprawdę odpoczywają (R&R), bo dzięki temu więcej ludzi dotrwa z wytrzymałością fizyczną i psychiczną do końca imprezy. Kiedy warunki są trudne, tylko najbardziej zmotywowane grupy przetrzymują to, ale pod koniec nie mają już z kim za bardzo walczyć, a to chyba nie o to chodzi. Serdecznie pozdrawiam i powyższe nie miało na celu dolewać oliwy do ognia tylko skonfrontować Cię z odmienną opinią.
Grey 11.06.2015, h. 09:40 Grey
Pojeździj może na więcej imprez, może bardziej jako operator karabinu a nie operator kamery i dopiero potem się wypowiadaj, bo jak na razie to strugasz speca od milsimów, a tak naprawdę gucio się na tym znasz...

I tak apropos SPECU:
gElenda a nie gAlenda :D od gelendwagen, ale to pewnie wiesz, ekspercie ;)
Rosol 16.07.2015, h. 15:39 Rosol
To oczywiście komentarz do Intrudera a nie do Greya ;)
Rosol 16.07.2015, h. 15:46 Rosol
-Bosman- 11.06.2015, h. 00:43 -Bosman-
Witam Was,
Wszyscy macie rację opisując swoje odczucia, bo są one wasze i tak jak kilka osób wspomniało, każdy czegoś oczekuje od imprezy / spotkania na którą / -e jedzie.
Jednakże jak zauważył Niedźwiedź, rozdmuchana reklama wywiera na potencjalnym uczestniku główne wrażenie i wyobrażenie całej imprezy. Skoro organizator obiecuje to i tamto oraz, że np. "akcja non stop 24H" to nie ma siły, by nie zadziałała wyobraźnia. Podświadomie sobie kreujemy taką imprezę w myślach, a później zaczynamy sami wierzyć, że będzie ona wspaniała. Rzeczywistość następnie weryfikuje wszystko i ostatecznie wychodzi różnie.
Bywałem na simach za 10 zł i na tych powyżej 100 zł. Jedne były lepsze inne gorsze, niekoniecznie było to związane z ceną, a bardziej z tym w jaki sposób przedstawiono ramy imprezy na początku i jak się ona ostatecznie rozwinęła. Tutaj właśnie spostrzeżenia Intrudera są uzasadnione. Ja jestem skłonny pojechać nawet i 600 km jeżeli czuję, że będzie ok, ale zawsze się mogę pomylić i to jest ryzyko, które każdy powinien liczyć na wstępie. Simy w przeciwieństwie do innych imprez jak duże jebanki, zloty itp nigdy nie powinny puszczać pary odnośnie rozwoju fabuły / orientacji gry przed jej rozpoczęciem bo to jest kluczowa sprawa - po co jechać ma simowiec na imprezę, o której wie za dużo - to rozbija całą zabawę.
Sam organizowałem kilka imprez, zarówno jebanek jak i simów i jedne były lepsze inne gorsze i czasem odczucia uczestników były różne niż moje. Dla jednych było słabo, a dla mnie ok, a jeszcze inaczej ludzie byli zadowolenia, a ja niekoniecznie. To są często dylematy dwustronne.
Jak dla mnie sytuacja jest potrójnego rodzaju, bo na takich imprezach bywałem. Jeżeli jadę na imprezę reklamowaną jako taką z "pompą" i płacę za nią np. 200 zł lub więcej, to spodziewam się "pompy". Jeżeli jadę na sima powiedzmy też za 100 lub 200 zł, to spodziewam się niespodziewanego i liczę na to, że sam klimat rozgrywki mnie absolutnie zadowoli. Jeżeli jadę na jebankę - to w zasadzie jest mi wszystko jedno o ile kulki które zabrałem będą bardzo szybko schodzić i natłukę więcej "fragów" niż sam zejdę do respa.
Co do samego Fuckhorsta - jest to kwintesencja natury ludzkiej w myśl: "nic co ludzkie nie jest mi obce".Pozdrawiam,Bosman
Zgadzam się z niejednoznacznością ocen, także jako org. Poza jednym - jebanka to nie fragrate. Zupełnie się z tym nie zgodzę. Byłem na imprezach, gdzie było bardzo nierówno i jedna strona dostawała w dupę, a druga totalnie rządziła, liczbowo i po jakimś czasie także w morale, ale to wcale nie prawda, że wszyscy po stronie wygrywającej dobrze się bawili. To jak z grą komputerową, która jest za łatwa. Mało kto w nią chce grać.
Grey 11.06.2015, h. 09:51 Grey
SMM 11.06.2015, h. 12:05 SMM
Cześć!

Bez względu na typ imprezy, jej charakter, skalę zasięg i cenę jest jedna wartość nadrzędna i niezbędna - komunikacja.
Skoro bowiem oczekiwania są różne, naturalnie będą różne imprezy. To bardzo dobrze. Sęk w tym aby uczestnik wiedział na co się pisze i za co płaci. I przez wiedział mam na myśli wiedział.

Bywałem na bardzo różnych imprezach. Małych i dużych, asg dynamicznego i mil simach z gatunku dla prosów (w szczególności na takiej, na której nie padł ani jeden strzał - pozdro Bosman), na takich za dychę i na takich za paręset złotych i na wielu z nich bawiłem się doskonale. To, czego nie trawię i co odnoszę wrażenie rujnuje imprezy każdego typu jako generalna zasada to nie spełnione obietnice, brak jasno określonej wizji, celów i oczekiwań. Słowem słaba komunikacja pomiędzy orgiem i graczami przede wszystkim przed imprezą ale także w pewnym stopniu w jej trakcie.

Sprawa nie toczy się tylko o to, kto co lubi w airsofcie. To jest mały przytyk w Twoją stronę Intruder. Szanuję i podzielam Twoją opinię w znacznej mierze. Rozmowa tutaj toczy się jednak na nieco inny temat. Nie chodzi o to, że są różne imprezy albo że drogo znaczy źle. Rozmawiamy o tym, co sprawia, że jedno jest złe, a drugie nie, a powyższe czynniki to tylko niektóre składowe.

Sprawa toczy się także o zwykłą ludzką przyzwoitość i o odpowiedzialność jako organizatora i uczestnika. Przez odpowiedzialność rozumiem coś nieco szerszego aniżeli tylko odpowiedzialność prawną. Ta moja odpowiedzialność leży gdzieś blisko uścisku ręki, gentleman's agreement i dawania słowa. Falken, bo od niego sprawa się zaczęła, jest dla mnie po prostu synonimem oszustwa czy kłamstwa.

Organizatorom obecnym oraz przyszłym gorąco polecam wziąć sobie do serca następującą radę:
1) Wpierw sam musisz bardzo bardzo bardzo dobrze wiedzieć, jak impreza ma wyglądać, co ma na niej być, a czego chcesz unikać jak ognia. Gdzie jest położony nacisk, co ma być ważne, co ma dawać fun i jak ten fun będzie dystrybuowany (Czy będziesz moderować 24/7 czy też gracz ma mieć wolność szukania na własną rękę tego, na co akurat ma ochotę?).

2) Następnie oceń, czy to, co sobie wymyśliłeś jest realne. Jeżeli nie to albo zaniechaj albo spuść z tonu. Jeżeli powiedzmy planujesz symulację na duże setki osób to zastanów się skąd weźmiesz dość ludzi posiadających faktyczne kompetencje, wiedzę, przygotowanie kondycyjne i sprzętowe oraz jak ich skomunikujesz na dużym terenie bo legalne w Polsce radia średnio dają radę nawet na tych parę km o parunastu nie wspominając. Części rzeczy po prostu nie da się zrobić mając do dyspozycji cywilne technologie i zgraję pasjonatów z fizycznością pracowników biurowych. Jak chcesz zarobić na imprezie i ma być z pompą na "miliony" uczestników to przestań się oszukiwać, że będzie pro. Jak dobrze pójdzie co dziesiąty będzie umiał czytać mapę, a o zachowaniu jakichkolwiek procedur możesz zapomnieć na wstępie. Takie jest środowisko. Ludzi posiadających symulacyjne kompetencje jest bardzo mało. Po prostu przestań czarować siebie i innych. Nie pchaj się na ślepo w coś, co przerasta Ciebie albo jest nie adekwatne do możliwości środowiska.

3) Jeżeli nadal chcesz organizować imprezę to bardzo dobrze. Teraz opowiedz o tym światu tak dobitnie jak to tylko możliwe. Unikaj określeń, które teoretycznie coś mówią, a na prawdę nie mówią nic typu: Zlot z elementami mil sim. Co to k...a jest zlot z elementami mil sim? "Skąd ci biedni ludzie mają to rozumieć (...)?" cytując pewnego dziennikarza. Ja przynajmniej nic z tego konkretnego nie wyciągam. Jeżeli chcesz konkretnego opisu to na ten przykład rzuć okiem na ten potencjalny fragment zasad:

Gra odzwierciedla konflikt symetryczny oddziałów lekkiej piechoty. Inne środki pola walki nie będą obecne ani faktycznie ani też symulowane w celu moderacji rozgrywki. Gra zakłada hierarchiczną strukturę stron konfliktów przy czym sztab jest centralny, jeden dla obu stron. Podstawowym celem działania tego sztabu jest aranżowanie sytuacji kontaktów ogniowych. Obie strony będą występować zarówno w roli obrońców jak i sił atakujących w różnych miejscach i momentach gry. Gra przewiduje limity amunicyjne na poziomie przelicznika x do 1 na magazynek bb względem ostrego odpowiednika. Gra operuje uproszczonym systemem trafień na zasadzie 1 rana (możliwa pomoc medyka), 2 śmierć. Przewidziany jest respawn w cyklu co każde pełne x minut liczone od momentu startu rozgrywki. O ostatecznym wyniku rozgrywki decydować będą punkty przyznawane stronom za zadania. Każde zadanie ma strukturę utrzymaj / zdobądź czyli z zasady sukces jednej ze stron jest równoważny z porażką drugiej. Nie przewiduje się punktów za inne zadania typu misje zwiadowcze, eliminacja konkretnych osób itd. Gra trwać będzie pełne 12 godzin zegarowych.


Sprawa jest prosta. Jeżeli Franek czy inny Stefan jest graczem, którego profil nie pasuje do Twojej wizji imprezy, ów Franek ma o tym wiedzieć, ma czytać czarno na białym, że to nie dla niego. Spora część sfrustrowanych graczy po prostu liczy na to, że będzie fajnie kiedy z zasady fajnie dla nich być nie może, bo to nie ten sport, który ich kręci.

4) Równolegle przygotuj imprezę tak jakby każdy jej uczestnik był Twoim kumplem z teamu. Po prostu tak. Myśl o wydarzeniach także albo tylko z perspektywy uczestnika. Nikogo nie obchodzi Twój wielki plan jeżeli go nie widać. Nie robisz imprezy dla siebie tylko dla siebie i uczestników. Koncentruj się na tym, co zagra oraz dla kogo zagra. Warto aby każdy mógł liczyć na fajerwerki. Imprezy z funem wyłącznie dla wybranych są fajne wyłącznie dla wybranych.

Jeżeli do tego miejsca udało Ci się trzymać powyższych rozwiązań, szacuję ~95% zadowolonych uczestników bez względu na to ile to wszystko będzie kosztowało. Nie chodzi o kasę. Chodzi uczciwość i jasny przekaz.


Pozdrawiam
SMM
Lepiej bym tego nie ujął!

Pozdrawiam,
Lambert
Lambert 11.06.2015, h. 13:19 Lambert
-Bosman- 11.06.2015, h. 14:20 -Bosman-
@Gray, widzisz - bo co środowisko, to inna definicja. Tam gdzie mieszkam, jebanki to właściwie "fragrate" jak to nazwałeś, bo na jakieś tam zadania mało kto patrzy. To jest ta jakże różna kwestia podejścia do tematu.

@SMM - ciekawe podsumowanie.

Pozdr,
Bosman
tomaszek86 12.06.2015, h. 07:30 tomaszek86
Intruder 16.06.2015, h. 03:56 Intruder
Tak poczytałem kolejne posty i najbardziej cieszy mnie to, że wszyscy mówimy o tym samym tylko innymi słowami :) Ważne, że się zgadzamy. Co do wspomnianego wcześniej sima HF wiem co tam będzie i jak tam będzie i KTO to robi. Jadę ze spokojem. Wiem, że zgłosiły się teamy fajnych ludzi i zakładam, że ci zza granicy również będą spoko. Również ze względu na nich ORGowie postawili sobie za cel uratowanie wizerunku polskich simów u gości zza granicy, którzy na Falkeshicie się mocno zawiedli. Co do tej imprezy to jest to jedyny sim na który planowaliśmy jechać i się nie udało i... jedyny, gdzie jestem szczęśliwy, że się nie udało :D
Kryz 06.07.2015, h. 12:59 Kryz
Ostatnie zdjęcie idealnie się nadaje na jakiegoś mema, współczuje ludzią którzy uczestniczyli w tej gierce, najbardziej jesdnak mi żal ludzi z zagranicy, mam jedynie nadzieję że będą jeszcze chcieli kiedykolwiek przyjechać do Polski.
Dassault 29.02.2016, h. 14:47 Dassault
Coś dalej wiadomo w temacie?
Pytam z ciekawości nie mam zamiaru wywołać burzy.
Przejdź na początek list komentarzy

Aby dodawać komentarze musisz być zalogowany.


Wyświetleń: 120371

Ostatnio na WMasg.PL

Polecamy

Sponsorzy

Action Army (silver sponsor)
Modify (silver sponsor)
Specna Arms (silver sponsor)

Imprezy patronowane

Reklama

Artykuły

Reklama

Wspierają nas

Sklepy:
Gunfire.pl

Współpracujemy


Media:
airsoftnews
equipped
miekkopowietrzni
Przegląd Strzelecki - Arsenał

Lokalne środowiska:
weekend-warriors
kpasg
rus-mil

Wydawnictwa

Nawigacja

Najczęściej poruszane